Były mistrz zarzuca brak ambicji zawodnikom
(fot. Tygodnik Żużlowy)
A
A
A
Tygodnik Żużlowy | 2009-10-26 (15:46)
- Byłem niedawno na spotkaniu w Nysie, a tam kibice mówili, że kiedy ja jeździłem, to przyjeżdżali na mecze. Ich zdaniem było wtedy więcej walki, nikt nie odpuszczał, a biegi kończyły się wpadnięciem na metę czterech żużlowców. Nie są to moje słowa, lecz opinie kibiców, więc pewnie coś znaczą. Walki w Złotym Kasku toczyły się od startu do mety. Dziś zawodnicy jadą, ale nie jest to już ta waleczność - mówi Jerzy Szczakiel, jedyny polski indywidualny mistrz świata.
Żużel mocno się zmienił i nie przypomina już prawie w niczym tego sportu, który pan uprawiał. Jak pan ocenia naszą dyscyplinę?
Kiedyś był bardzo widowiskowy. Byłem niedawno na spotkaniu w Nysie, a tam kibice mówili, że kiedy ja jeździłem, to przyjeżdżali na mecze. Ich zdaniem było wtedy więcej walki, nikt nie odpuszczał, a biegi kończyły się wpadnięciem na metę czterech żużlowców. Nie są to moje słowa, lecz opinie kibiców, więc pewnie coś znaczą. Walki w Złotym Kasku toczyły się od startu do mety. Dziś zawodnicy jadą, ale nie jest to już ta waleczność.
Czy słyszał pan o planach FIM, aby ograniczyć głośność żużlowych motorów?
Czytałem o tym. Kiedyś, gdy maszyny były bez tłumików, to ulice pustoszały nawet na treningach, gdyż wszyscy przychodzili nas oglądać. Nie wiem komu przeszkadza ten warkot. Przecież żużel to był zawsze czarny sport, który kojarzył się z hałasem i zapachem spalanego oleju.
Jaką widzi pan perspektywę na odbudowanie dobrego żużla w Opolu?
„Chodzimy” za tą sprawą. Zależy nam na tym, aby mieć w klubie ośmiu, ale dobrych zawodników. Nie musi to być grupa dwudziestu żużlowców, w której nikt nie punktuje jak należy. Liczę, że wszystko się uda. Pójdziemy jeszcze do prezydenta, działacze bardzo chcą silnego Kolejarza, a ja pomagam im w tym jak mogę.
Czy wierzy pan w to, że prezesem klubu pozostanie Jerzy Drozd, który zapowiedział rezygnację?
To mój przyjaciel i chciałbym, żeby dalej zajmował się klubem. Już kilka razy rezygnował, ale prosiłem go, aby zmienił zdanie i tym razem zrobię podobnie. Jerzy Drozd to mądry człowiek, którego rodziców znałem. Jest przecież w Radzie Nadzorczej Telekomunikacji i zna się na żużlu. On nie mówi bredni, ma ambicje i uważam, że powinien zostać.
Czy pana turnieje „Mistrz Świata Jerzy Szczakiel Zaprasza” zaowocowały w ostatnich latach zwiększonym zainteresowaniem młodzieży żużlem na Opolszczyźnie?
Chłopcy, którzy pochodzą z miasta, nie za bardzo nadają się na żużlowców. Lepsi kandydaci są na wioskach. Oni potrzebują wyżycia się. „Miastowi” nie wstają o siódmej lub ósmej rano. Nie mają zbyt wielu obowiązków. Nie muszą zbyt wiele robić i nie są żądni sukcesów. Kiedyś rozmawiałem z takimi, którzy jeżdżą na jednym kole po ulicach i mają motory szosowe. Powiedziałem im, że może lepiej niech spróbują żużla, a oni mi: „ale gdzie tam panie żużel”. W mniejszych miejscowościach i na wioskach można jeszcze znaleźć dobrych kandydatów.
Żal panu, że postępów nie zrobili tacy wychowankowie Kolejarza jak Marcin Sekula, Tomasz Schmidt lub Łukasz Kasperek?
Oni mnie nie słuchali. Nie byli zainteresowani. Gdy ja byłem w szkółce żużlowej, to podchodziłem do starszych żużlowców, wypytywałem ich o różne rzeczy, dowiadywałem się. Żeby odnosić sukcesy, trzeba być żądnym sukcesów.
Rozmawiał: Przemysław Szymkowiak / "Tygodnik Żużlowy"